Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda wzorowo. Jest znak, jest czytelna informacja, są rozkłady jazdy. I to nie byle jakie - cały zestaw linii: 1, 3, 4, 5, 11, N, a nawet 10 i 12. Komunikacyjny raj w jednym miejscu.
Dopiero po chwili zaczyna się przygoda.
Bo o ile górne tablice można odczytać bez problemu, to te najniżej zamontowane wymagają już nieco większego zaangażowania. I to dosłownie. Rozkład jazdy linii „10” i „12” znalazł się na wysokości, która zmusza do przyjęcia pozycji… niemal modlitewnej. Odczytanie go na stojąco graniczy z cudem. Trzeba się schylić. Albo uklęknąć.
I tu zaczyna się prawdziwy urok tego miejsca.
Można żartować, że to przystanek nie tylko „na żądanie”, ale i „na kolana”. Dla jednych szybka gimnastyka, dla innych próba elastyczności, a dla jeszcze innych - moment zadumy nad komunikacją miejską.
Niektórzy z uśmiechem zauważają, że może to rozwiązanie dla najbardziej zdeterminowanych pasażerów. Albo - jak żartują mieszkańcy - dla tych, którzy naprawdę chcą zdążyć na „dziesiątkę” czy „dwunastkę”.


