W ostatniej dekadzie, gdy zimy były łagodne, taka pogoda jak obecnie jest zaskoczeniem, ale w 1963 roku było znacznie gorzej. Jak odnotował w swoich zapiskach historyk Andrzej Wroński, mroźna aura utrzymywała się już od połowy grudnia 1962 roku, ale prawdziwy atak wręcz syberyjskiej zimy przyszedł w styczniu. Temperatury gwałtownie spadły, a do pracy skierowano lodołamacze. Powołano też Powiatowy Komitet Lodowy, który koordynował działania w porcie i na torach wodnych.
– W połowie stycznia doszły intensywne opady śniegu. Zalew Szczeciński, Świna i kanały zostały skute lodem o grubości przekraczającej 30 centymetrów. Nawet Zatoka Pomorska zamarzła — lodowa pokrywa sięgała 25–30 mil morskich od brzegu. Dla mieszkańców był to widok niemal nieprawdopodobny. Dzieci i młodzież zapuszczały się na łyżwach kilka kilometrów w głąb zatoki. Szybko jednak pojawiły się obawy o bezpieczeństwo. Przez radiowęzeł nadawano ostrzeżenia, a marynarze wystawiali posterunki zakazujące wchodzenia na lód. 19 stycznia temperatura w Świnoujściu spadła poniżej –20°C – mówi Krzysztof Nowak, kronikarz miejski.
Największe problemy dotyczyły komunikacji. Ruch między wyspami oraz połączenia ze Szczecinem bywały okresowo wstrzymywane. Promy regularnie utykały w lodzie i wymagały pomocy holowników. Jedna z relacji zapisanych w kronikach mówi o promie, który kurs między Uznamem a Warszowem pokonał w kilkadziesiąt minut tylko w jedną stronę, a powrót zajął mu kilka godzin — z pasażerami, którzy dopiero co przyjechali pociągiem do miasta. Statki płynące ze Szczecina poruszały się w konwojach i potrzebowały nawet trzech dni, by dotrzeć do Świnoujścia.
Szczególnie ciężka sytuacja panowała na Karsiborze. Gdy w miejscowym sklepie zabrakło towaru, mieszkańcy chodzili pieszo przez zamarzniętą Starą Świnę do Ognicy. Do czasu — bo gdy na lód wylała woda, wtedy droga stała się niebezpieczna.


